Początki

Myśl o założeniu bloga pojawiała się w mojej głowie od dawna. Początkowo marzył mi się blog kulinarny. Uwielbiałam gotować. Sprawiało mi to ogromną przyjemność i dodawało energii. Największą wtedy, gdy mogłam gotować dla innych, gdy mogłam dzielić się miłością na talerzu. Zawsze jednak brakowało wsparcia najbliższych i niezbędnych umiejętności. Bo przecież nie potrafiłam robić wystarczająco dobrych zdjęć, nie miałam wystarczająco dobrego aparatu, bo nie wiedziałam jak obsłużyć wszystkie pomocne programy, jak poradzić sobie z tymi wszystkimi technikaliami, przecież nigdy nie byłam w tym dobra.

Wraz z miłością bliskiego człowieka i miłością do bliskiego człowieka, odeszła miłość do gotowania, przestało ono sprawiać przyjemność, choć jeszcze przez jakiś czas znajomi w dalszym ciągu pytali, co takiego dobrego znowu mam w swoim pudełku z jedzeniem i nie szczędzili wyrazów uznania na sam widok kolejnej potrawy, o smakowaniu nie wspominając. Skończyło się też wspólne mieszkanie, a zaczęło się pomieszkiwanie u przyjaciół, znajomych i rodziny. Częstsze i dłuższe odwiedziny u bliskich, wypady na weekendy i dłuższe pobyty w różnych miejscach. Pojawiła się łatwość w kupowaniu wszelkiego rodzaju biletów po okazyjnych cenach – biletów na koncert, na pociąg, na samolot, a dopiero później poszukiwanie miejsca, w którym mogłabym przenocować bez ponoszenia większych kosztów. 

O tym, że jest to możliwe, przekonałam się będąc jeszcze w związku, gdy po latach słuchania, że nie stać nas na wyjazd do przyjaciół mieszkających we Włoszech, postanowiłam kupić bilet na samolot, bo przecież pracuję i zarabiam więc stać mnie na to. Pieniądze na tak zwane przyjemności odłożyłam bez problemu przez trzy miesiące, jakie dzieliły mnie od dnia kupienia biletu do wyjazdu. A przed samym wyjazdem i luby wspomógł jakimś groszem, choć sam odmówił towarzyszenia w podróży. Wikt i opierunek zapewnili przyjaciele, a możliwość zwiedzania Turynu okazała się niesamowitą i nie tak kosztowną, jak szacował to pan mąż, przyjemnością. Pieniędzy wystarczyło nawet na smakołyki dla bliskich oraz perfumy dla mnie i jeszcze trochę zostało. 

Na kolejną, zorganizowaną przeze mnie wyprawę małżonek zgodził wybrać się ze mną. Wycieczka do Barcelony była niesamowicie piękną przygodą, ale jednocześnie jedną z ostatnich wspólnych przygód. 

Wcześniej podróże po Polsce i krajach sąsiadujących (Czechy, Słowacja), głównie na stopa, były dla nas najwspanialszym sposobem na spędzanie urlopu. I nawet, gdy za czasów studenckich nie mieliśmy zbyt wiele pieniędzy, nie widzieliśmy żadnych przeszkód, żeby znowu spakować plecaki i wyruszyć przed siebie, bez planu i oczekiwań, bez zaplanowanego noclegu i miejsca docelowego. 

Włóczykij

Po wyprowadzce ze wspólnego mieszkania, wraz z poszukiwaniem miejsc do nocowania, obudził się we mnie, uśpiony dawno, Włóczykij. Nie ważne gdzie jestem, zawsze potrafię zorganizować sobie przestrzeń, w której poczuję się jak u siebie. Gdy przyjaciele lub członkowie rodziny wyjeżdżali na urlopy, udostępniali mi swoje mieszkania, zostawiali pod opieką zwierzęta i rośliny.  Pewnego dnia zamieściłam na Facebooku ogłoszenie o poszukiwaniu kolejnego mieszkania, w którym mogłabym zamieszkać pod nieobecność właścicieli i wtedy odezwała się znajoma, mieszkająca na Cyprze. I tak spędziłam kilka cudownych, listopadowo-grudniowych dni na słonecznej wyspie. W międzyczasie był jeszcze koncert w Berlinie, który chciałam połączyć z kilkudniowym zwiedzaniem miasta. Tu z pomocą przyszła koleżanka z czasów podstawówki, która zaproponowała puste remontowane mieszkanie w Poczdamie. Dzięki temu, z jej mężem jako przewodnikiem, miałam przyjemność zwiedzić i to niewątpliwie urokliwe miejsce. 

Wolontariat

I tak powróciły marzenia z dzieciństwa o podróżowaniu i pomaganiu innym, które stały się realne, gdy podczas wypadu na piwo, przyjaciółka wspomniała o propozycji wyjazdu na wolontariat, którą dostała od swoich znajomych. Ona nie zdecydowała się ten wyjazd, ale dała namiary na znajomych, pracujących w NGOsach. Wtedy zaczęły się poszukiwania miejsca odpowiedniego dla mnie. I tak trafiło na Richmond Vale Academy na Saint Vincent and the Grenadines.

Przyjaciele, znajomi i rodzina, którzy domagali się zdjęć i relacji z pobytu na rajskich wyspach oraz znajomy, który wpadł tam do mnie z wizytą, zainspirowali i zmobilizowali do założenia bloga. Bo przecież zamiast opisywać każdemu z osobna, co u mnie słychać, mogę przecież zamieścić te informacje w jednym miejscu, do którego każdy zainteresowany będzie mógł zajrzeć.  Znajomy zaoferował pomoc i wsparcie, jeśli chodzi o stronę techniczną całego przedsięwzięcia, a mi nie pozostało nic innego, jak przygotowanie pierwszego wpisu, przejrzenie, wybranie i obrobienie zdjęć, co jest dla mnie nie lada wyzwaniem, zwłaszcza, że nigdy nie przywiązywałam zbyt dużej wagi do robienia zdjęć z różnego rodzaju wydarzeń i wycieczek, bo wolałam skupić się na byciu w danym miejscu i przeżywaniu tego, co doświadczałam tu i teraz.

Do powstania tego bloga doszło dzięki ludziom, których kocham, którzy są dla mnie ważni, których darzę sympatią i szacunkiem, z którymi lubię spędzać czas. Dzięki nim i dla nich. 

Mam nadzieję, że będzie to dla was wszystkich dobre źródło informacji na temat tego, co u mnie słychać i czego doświadczam. 

Częstotliwość wpisów będzie uzależniona od dostępu do internetu i czasu, jaki będę mogła wygospodarować między codziennymi obowiązkami. Tak więc będą one zapewne pojawiały się dość nieregularnie, ale obiecuję, że będą.Justyna w podróży to nie stricte blog podróżniczy, to blog opowiadający również o podróży przez życie, docelowo nie tylko moje, a również ludzi, których spotkałam, spotykam i będę spotykała na swojej drodze. Zapewne nieraz pojawią się tu jakieś retrospekcje i nawiązania do przeszłości, ale takie jest życie, wszystko w nim jest po coś, nawet jeśli w momencie, gdy to się wydarza nie widzimy w tym żadnego sensu, z czasem wszystko okazuje się jasne i zaczynamy postrzegać to jako początek czegoś nowego i rozumiemy sens tego zdarzenia.