Santa Rosa, mała wieś pośrodku niczego. Całą wioskę wzdłuż głównej drogi jestem w stanie przejść w 15 minut. Wszystko jest blisko i w każdej chwili mogę wszędzie pójść na piechotę. Wszędzie jest rzut beretem. Dla mnie. Wśród miejscowych często pojawiają się głosy, że coś jest daleko albo za daleko. 

Dom, w którym mieszkam

Dom, w którym mieszkam jest niewielki, drewniany, z betonową podłogą i blaszanym dachem, o który deszcz wali tak głośno, że właściwie za każdym razem budzi mnie w nocy, a w ciągu dnia znacznie utrudnia prowadzenie rozmów. Czasami siedząc naprzeciwko koleżanki jestem zmuszona krzyczeć, szczególnie w czasie porządnej ulewy. Okna składające się z poziomych, unoszących się i opadających paneli, po zamknięciu, są najbardziej szczelne w całej konstrukcji domu. Natomiast przez ściany bardzo często wlewa się do środka woda, przede wszystkim w czasie silnego zacinającego deszczu. 

Na cały domek składają się dwa pomieszczenia – sypialnia z trzema łóżkami, oddalonymi od siebie o jakieś 50-60 cm i około 80 od jednej ze ścian, oraz przejściowa kuchnia i otwarta przestrzeń służąca nam, mi i moim dwóm współlokatorkom, za pokój do pracy, jadalnię, suszarnię na pranie w deszczowe dni (i w ciągu nocy, gdy lepiej nie wywieszać ubrań na zewnątrz bo rano można ich już nie ujrzeć), spiżarnię, schowek na rowery, a także miejsce do spotkań i pracy z miejscową ludnością. 

Codzienność

W naszym lokum nie mamy łazienki, kąpiemy się w rzece, a za toaletę służy nam przydomowa latryna. Nie mamy też bieżącej wody. Tę pitną kupujemy w pięciogalonowych butlach lub przynosimy w wiadrach od naszych gospodarzy, na ziemi których stoi zamieszkiwany przez nas budynek. Ręce myjemy deszczówką z beczki lub wodą przyniesioną z rzeki, którą napełniamy, wiszącą, na haku przed domem, butelkę, z której delikatnym ciurkiem płynie woda.

Brudne naczynia gromadzimy w wiadrze i chodzimy je myć do rzeki. W rzece robimy też pranie. Każdego wieczora, gdy idziemy wziąć kąpiel, ściągamy z siebie ubrania i pierzemy je na przeznaczonych do tego celu kamieniach. Większe pranie, jak na przykład pranie prześcieradeł, ręczników, poduszek, bądź pranie nazbierane z kilku dni, robimy w słoneczne poranki. Gdy po wypadku rowerowym nie mogłam prać przez tydzień, nazbierała mi się sterta ciuchów, ręczników i prześcieradeł, na praniu której spędziłam w rzece dokładnie tyle czasu ile potrzebuje na to pralka. Wyobraźcie sobie ile i jak ciężkiej pracy wymaga to na codzień od tutejszych kobiet, posiadających kilkoro dzieci i męża. Ile rzeczy mogłyby zrobić w tym czasie, gdyby tylko miały w domu ciągły dostęp do wody, elektryczność i pralkę.

Wioskowa rzeczywistość

Pewnego dnia, gd odwiedzałam kolejno wszystkie domy w wiosce i widziałam leżące je w hamakach, przez moment pojawił się w mojej głowie myśl, że są one leniwe, (i pewnie w wielu przypadkach dokładnie tak jest, jak w każdym miejscu na świecie), ale zazwyczaj najnormalniej w świecie są one zmęczone. Codziennie wstają wcześnie rano, żeby przygotować świeże tortille na śniadanie dla całej rodziny, oporządzają kilkoro dzieci, idą do rzeki, czasami daleko, z wiadrami pełnymi brudnych naczyń, wracają do domu po kolejne wiadra z brudnymi ciuchami, w sumie spędzają w rzece kilka godzin, wracają do domu, aby przygotować lunch. Część z nich ma jeszcze z rana do oporządzenia przydomową zwierzynę – kury, indyki i świnie, ogródek warzywny i podwórko wokół domu. Są i takie, które w wolnym czasie robią coś ekstra – szyją, haftują, przygotowują biżuterię i tym podobne. Nic dziwnego, że gdy tylko pojawi się wolna chwila w ciągu dnia, wskakują na chwilę do hamaka. 

Mamy za to światło – trzy jarzeniówki na przestrzeni wspólnej i jedna w sypialni oraz gniazdka elektryczne. Każda z nas ma swoje łóżko, materac, poduszkę i moskitierę. Mamy kilka stołów i sporo krzeseł. Patrząc na zdjęcia, pewnie możecie powiedzieć, że skromne są te moje warunki mieszkaniowe, ale patrząc na to jak wygląda wioskowa rzeczywistość, żyjemy w prawdziwym luksusie. Przekonałam się o tym w czasie wizyt w domach miejscowych ludzi, ale chyba najbardziej uzmysławiają mi to komentarze dzieci, wpadających do nas z wizytą, zwłaszcza mój ulubieniec – Randall, który bardzo lubi rozmawiać i nie jest niczym skrępowany w wyrażaniu swoich myśli i komentowaniu otaczającego go świata.

Randall i ja. :)
Randall i ja. 🙂

Każda z was ma własne łóżko. Macie materace.

Wiele z domów bywa mniejszych niż ten, w którym mieszkam ja, tylko z dwiema wolontariuszkami, a mieszka w nich znacznie więcej osób. Często jest to jedna otwarta przestrzeń bądź, oddzielona, płachtą materiału, część sypialna od części dziennej. 

Rzadko kiedy w takich domach są wydzielone, za pomocą płyt gipsowych bądź kawałka dykty, osobne pokoje dla poszczególnych grup członków rodzin. W domach, w których są tylko małe dzieci bywa i tak, że wszyscy śpią na jednym dużym łóżku. Materac jest czymś, co znajdziemy tylko w nielicznych domach. Łóżka są zbudowane z surowych desek, na które, w najlepszym wypadku, narzuconych jest kilka warstw różnego rodzaju narzut, prześcieradeł bądź innych płacht materiału. 

Na początku mojego pobytu tutaj, bywałam jedynie w domu naszych gospodarzy, których dom, po odwiedzeniu właściwie wszystkich w wiosce, okazuje się być jednym z najbogatszych. Dobudowana jest do niego dodatkowa część, w której znajdują się trzy pokoje wydzielone płytami, jeden dla dziewcząt, jeden dla chłopców i jeden dla najstarszego syna, jego ciężarnej dziewczyny i ich trzyletniej córki. Pokoje te są niewielkie, w każdym z nich mieści się jedno, góra dwa łóżka, nie ma w nich żadnych mebli, ciuchy znajdują się w walizkach pod łóżkiem bądź wiszą na gwoździach na jednej ze ścian. W wiosce są i bogatsze w wystroju domy, przypominające te ze świata zachodniego, ale można je zliczyć na palcach jednej ręki i są one skromną ich wersją.

Macie moskitiery.

Posiadanie moskitiery w miejscu o takiej szerokości geograficznej o tropikalnym klimacie wydaje się być oczywiste i konieczne, szczególnie w sezonie deszczowym, gdy ma się wrażenie, że zleciały się tu komary z całego świata, a w kraju odnotowywanych jest coraz więcej przypadków dengi, nawet tych śmiertelnych. 

Część z mieszkańców otrzymała kiedyś moskitiery od władz, ale na przykład obecnie ich ilość jest dla nich niewystarczająca bo powiększyła się rodzina i w domu przybyło jedno łóżko więcej; część zaopatrzyła się we własne. Pozostali nie mają moskitier bo są one dla nich za drogie, bo nie można ich kupić w miejscowym sklepie, a rodzina nie bywa nigdzie poza swoją wioską. Są i tacy, którzy mimo obiegających ich wioskę, informacji o zagrożeniach, jakie niosą ze sobą komary i śmiertelnych przypadkach zachorowań na dengę w sąsiedniej wiosce, nie mają świadomości, że to właśnie moskitiera jest podstawową ochroną przed tego typu chorobami.

W naszym domu nie mamy takiego światła.

Elektryczność nie jest czymś, co znajdziemy w każdym z domów. Niektórzy mają całkiem sprawne instalacje z licznym oświetleniem, gniazdkami elektrycznymi, telewizorem i innym, licznym sprzętem elektrycznym. W części domów prąd jest doprowadzony do domu jedynie za pomocą kabla, który jest zawieszony na jakichś słupach, drzewach czy krzakach, bądź po prostu ciągnie się po ziemi, wprost z głównej drogi, przy której są słupy elektryczne. W tych domach najczęściej jest tylko jedna żarówka. Ale są i takie domy, i tych jest tutaj sporo, w których elektryczności nie uświadczysz, a za główne oświetlenie domu służy latarka przywiązana, bądź powieszona gdzieś na ścianie czy belce pod sufitem, czy znacznie częściej świece, bo przecież latarka wymaga baterii lub ładowania u kogoś z rodziny czy znajomych, kto ma w domu prąd.

Któregoś dnia zapewne pokażę wam jak wyglądają miejscowe domy i warunki, w jakich żyją ludzie, ale czuję, że zanim wejdę tak głęboko w ich prywatną przestrzeń z aparatem w ręce, potrzebuję trochę więcej czasu, aby zapracować na ich pełne zaufanie.