Od dłuższego czasu próbowałam się załapać do pracy w jakimś NGO-sie (Non Goverment Organization – organizacja pozarządowa), ale bez doświadczenia właściwie nie było to możliwe. Postanowiłam więc poszukać jakiegoś wolontariatu dla siebie, ale i to okazało się nie zawsze być proste bo na przykład wykluczały mnie ograniczenia wiekowe, byłam już za stara (studenci do 26 roku życia), albo jeszcze za młoda (osoby w wieku emerytalnym) lub wymagało zadeklarowania konkretnych dni i godzin oraz ich ilości, w których mogłabym się udzielać społecznie, a to nie zawsze jest łatwe do połączenia z pracą zawodową.

Stowarzyszenie Anioły Wiedzy

Na szczęście udało mi się znaleźć organizację, w której tak naprawdę wystarczająca mogła być nawet jedna godzina tygodniowo. Anioły Wiedzy to stowarzyszenie założone przez młodego człowieka, Kamila Dziweńkę, który pewnego dnia wpadł na pomysł pomagania dzieciom, mającym trudności w nauce. Jest to piękna inicjatywa pozwalająca na wyrównanie szans dzieci z niezamożnych czasami dysfunkcyjnych rodzin, których rodziców nie stać na korepetycje czy dodatkowe zajęcia pozalekcyjne albo los ich dzieci nie jest dla nich najważniejszy. 

Celem organizacji jest nie tylko bezpośrednia pomoc w nauce, ale również próba wydobycia z młodego człowieka jego mocnych stron i budowanie poczucia własnej wartości. Wolontariusze próbują znaleźć nić porozumienia ze swoimi podopiecznymi poprzez wspólne pasje i zainteresowania, dzięki czemu łatwiej jest im przekonać dzieci i młodzież, że niektóre przedmioty, wiedza i umiejętności nabyte w szkole mogą przydać się również do rozwijania hobby. Często za przykład podawani są znani i lubiani przez podopiecznych bohaterowie codziennego życia. I tak na przykład w przypadku chłopca uwielbiającego grę w piłkę nożną, oprócz zorganizowania możliwość i uczestniczenia w zajęciach sportowych, pokazanie, że na przykład dobrze jest uczyć się języków obcych bo przecież taki Robert Lewandowski, którego tak uwielbia, grał w różnych zespołach z piłkarzami z całego świata, więc dobrze byłoby się z nimi porozumieć. Przykładów mogłabym tu mnożyć wiele, ale myślę, że warto zajrzeć na profil stowarzyszenia na Facebooku i samemu zobaczyć, jak to wygląda, a jeszcze lepiej zgłosić się do pomocy.

Richmond Vale Academy

Richmond Vale Academy, © RVA

Z czasem jednak okazało się, że to dla mnie za mało i potrzebuję czegoś w pełnym wymiarze godzin, zwłaszcza, że moi podopieczni nie potrzebowali mojej pomocy w czasie wakacji. I tak zaczęłam myśleć o jakimś większym projekcie w jednym z państw trzeciego świata. Cudowny zbieg okoliczności sprawił, że podczas jednego z letnich wypadów na piwo, przyjaciółka wspomniała o propozycji wyjazdu na wolontariat, którą dostała od swoich znajomych, ale nie mogła z niej skorzystać. Był to idealny moment dla mnie. Dostałam namiary na jej znajomych, pracujących w NGO-sach i poprosiłam ich o zaproponowanie czegoś dla mnie, w czym by mnie widzieli na początek i tak trafiło na Richmond Vale Academy na Saint Vincent and The Grenadines.

Przygotowania do wyjazdu

Od wyjazdu dzieliło mnie jedynie siedem tygodni. W tym czasie miałam do pozałatwiania wszelkie formalności takie jak złożenie aplikacji, przesłanie niezbędnych dokumentów, udzielenie odpowiedzi na kilka pytań, wypełnianie kilku formularzy, załatwienie zaświadczenia o niekaralności, wyrobienie nowego paszportu, kupienie biletów lotniczych, dokonanie niezbędnych opłat. Byłam zmuszona rozwiązać umowę z pracodawcą i pozamykać wszelkiego rodzaju tematy związane z pracą zawodową. Pozostały mi też zdanie egzaminu, kończącego półtoraroczne studia podyplomowe, zakończenie procesów coachingowych z klientami. A także sprawy osobiste: dopełnienie formalności związanych ze sprawą rozwodową, zaliczenie licznych spotkań z przyjaciółmi, znajomymi i rodziną, kilka imprez do białego rana, kino, teatr, opera, odwiedzenie brata w Warszawie, kilkudniowy wypad w ukochane góry. I w końcu kupienie rzeczy niezbędnych na wyjazd i spakowanie walizki. 

Podróż

Kingstown, widok na zatokę. © Adam Trzciński

Aż w końcu 28 marca wsiadłam do pierwszego samolotu, do Frankfurtu, w którym mogłam odespać intensywny czas poprzedzający wyjazd. Kolejny lot z Frankfurtu do Toronto był już czystą przyjemnością i czasem na pełen relaks. Wygodny fotel, przyzwoite jedzenie, wino, książka, film, muzyka. Po wygodach w samolocie czekała mnie długa noc na lotniskowej podłodze, aż w końcu rano wsiadłam w trzeci i ostatni samolot, który wylądował na Saint Vincent. Z lotniska pozostało już tylko jakieś dwie i pół godziny drogi (ponad trzy z postojem w barze, na zapoznanie się ze smakiem miejscowego piwa i rumu) do Richmond Vale Academy.

Karaibskie piwo Hairoun / Chateaubelair, BeachFront, © Adam Trzciński