Przygotowania do dnia rozrywki, organizowanego z dwiema koleżankami wolontariuszkami dla mieszkańców wiosek, w których pracowałyśmy w Belize, zakończenie naszego wolontariatu, przygotowania do świąt, pakowanie walizek, pożegnanie się ze wszystkimi i chęć zobaczenia jeszcze czegoś ciekawego, sprawiły, że właściwie nie miałam kiedy pojechać na noc do biura, będącego jednym z niewielu miejsc, w którym miałam dostęp do wi-fi i mogłam pracować nad blogiem.

Powrót na ostatni miesiąc programu na Saint Vincent i Grenadyny, wbrew moim przewidywaniom, wcale nie okazał się pod tym względem lepszy. W Akademii, w której przebywałam, miałam sporo obowiązków – przygotowanie i przedstawienie prezentacji, spisanie raportów i sprawozdań, odwiedzenie przydomowych ogrodów przygotowywanych przez wolontariuszy wspólnie z mieszkańcami wyspy, udzielenie wywiadów dla lokalnych mediów, a do tego codzienne zajęcia, jak na przykład praca w ogrodzie czy kuchni, sprzątanie i zbieranie owoców. To wszystko sprawiło, że czasu wolnego miałam niewiele, a chciałam się jeszcze nacieszyć ostatnimi dniami na słonecznej gorącej wyspie, która chyba już na zawsze pozostanie moim kolejnym domem, do którego będę mogła wrócić. Doszły jeszcze problemy z internetem, który znikał co jakiś czas albo działał tak, że próby pracy nad wpisami kończyły się po kilku dniach bo brakowało mi już cierpliwości do ciągłego oczekiwania na załadowanie kolejnych zdjęć, które ostatecznie i tak się nie ładowały.

Do Wrocławia wróciłam w zeszłym miesiącu, zdążyłam się już zaaklimatyzować, choć moje ciało cały czas krzyczy, że nie chce tu być. Wróciły dawno już zapomniane problemy skórne, różnego rodzaju reakcje alergiczne czy infekcje, pojawiły się katar, kaszel, chrypa i łzawienie oczu. Buty, od których kompletnie się odzwyczaiłam przez ostatnie dziesięć miesięcy, bo na co dzień chodziłam na boso, narobiły pęcherzy i poobcierały stopy do krwi i to bez względu na to, czy założyłam sztyblety, wygodne adidasy czy buty trekkingowe. 

Panująca tu pogoda i tak duża różnica w klimacie nie są dla mnie jakimś problemem, choć zdecydowanie lepiej czuję się w tropikach. 

Pojawiło się natomiast zmęczenie, gdyż narzuciłam sobie za duże tempo. Chciałam zrobić wszystko od razu i na już. Chciałam spotkać się ze wszystkimi, którzy chcieli się ze mną spotkać, zaliczyć kilka imprez i wydarzeń. Dlatego też postanowiłam trochę przystopować i skoncentrować się na przygotowaniu do wystąpień publicznych. 

Za mną wystąpienie na Gryfińskim Festiwalu Miejsc i Podróży Włóczykij oraz w warszawskim Południku Zero. Do tego kilka prelekcji w szkołach podstawowych, które okazały się być strzałem w dziesiątkę i dały mi ogrom radości i satysfakcji. Dzieciaki, im młodsze tym bardziej otwarte i ciekawe świata, zadawały niesamowite i zaskakujące pytania bez żadnego skrępowania. Najwięcej czasu, ku memu i nauczycielek zdziwieniu, zajęła prezentacja w klasach pierwszych. Były to ponad dwie godziny interakcji z młodymi ludźmi. 

Były też nagrania w kilku radiostacjach, jedno z nich mogliście już usłyszeć na antenie radia RAM. Wszystkie z nich będziecie mogli usłyszeć już wkrótce. Będę o nich informowała na bieżąco na instagramie i facebooku. A po emisji umieszczę też info w zakładce współpraca.

Mam nadzieję, że wszystko to pozwoli mi na zrealizowanie nowego projektu, który pojawił się niedawno w mojej głowie. 

Jak tylko uspokoi się sytuacja z coronavirusem, mam zamiar jeździć gdzie się tylko da po Polsce i opowiadać o tym, jak wygląda życie mieszkańców małej wioski Majów w Belize, spisać to wszystko na blogu, a później wrócić tam, żeby zebrać i przygotować materiał na książkę oraz fotoreportaż, ale przede wszystkim pomóc jeszcze w jakiś sposób mieszkańcom wioski, w której żyłam przez pół roku. Abym mogła zrealizować ten projekt, założyłam konto na Partonite. Będę wdzięczna za wsparcie.

I choć w planach na ten i kolejny rok były Azja i Australia, odsuwam je na razie w czasie bo czuję, że Belize mnie wzywa. 

Trzymajcie za mnie kciuki. 🙂