Zazwyczaj omijam typowo turystyczne atrakcje z wielu powodów. Oto kilka z nich.

  • Często nie są one tak atrakcyjne, jak możemy zobaczyć na zdjęciach czy przeczytać lub usłyszeć o nich z różnych źródeł.
  • Są oblegane przez dziesiątki, setki czy tysiące ludzi, przez co jest tam tłoczno i głośno, co nie pozwala na odkrywanie uroków danego miejsca.
  • Wstęp, bilet czy jakaś opłata za możliwość ich zobaczenia są koszmarnie drogie.
  • Jest wiele ciekawszych miejsc do zobaczenia. 
  • Mam jakiś wypatrzony gust i zazwyczaj podoba mi się to, co niekoniecznie na pierwszy rzut oka, czasami nawet i na dziesiąty ;), jest piękne, za to na kolana nie powala to, czym zachwyca się większość.
  • Nawet jeśli zmierzam w ich kierunku, coś innego przykuwa moją uwagę i skręcam w jakąś wąską uliczkę, za którą kryje się miejsce, w którym toczy się prawdziwe życie lokalnej ludności i zostaję tam na dłużej, po czym okazuje się, że jest już za późno na zwiedzanie popularnego miejsca i nie będę miała okazji go zobaczyć. Miałam za  to okazję zobaczyć coś pięknego, o czym nie można przeczytać w żadnym przewodniku ani w internecie i poznać ciekawych ludzi, z którymi czasami utrzymujemy kontakt z nadzieją na kolejne spotkanie gdzieś w czasoprzestrzeni bo przecież świat jest mały.

W tym przypadku postanowiłam jednak, że nie odpuszczę i przekonam się na własnej skórze jak cudowne jest San Pedro. 

San Pedro

Miasto w Belize leżące na wyspie Ambergris Cay. Najpopularniejsze, najdroższe i najbardziej oblegane przez turystów. Śpiewała o nim nawet Madonna w utworze La Isla Bonita. Polecane nam, mi i moim dwóm koleżankom, z którymi przebywam w Belize w ramach wolontariatu, wielokrotnie i przez wielu, jako piękne i niesamowite miejsce, które koniecznie musimy zobaczyć. Skoro więc wszyscy tak zachwalają, postanowiłyśmy z jedną z koleżanek, zobaczyć jak wygląda ten raj na ziemi, choć obie nie jesteśmy zwolenniczkami zwiedzania typowo turystycznych atrakcji, ale skoro miejscowi polecają…

W tym przypadku nie będę się jakoś szczególnie rozpisywała bo czasami obrazy mówią więcej niż słowa. I nie są one efektem jakiś długich poszukiwań to po prostu to, co spotkałam na swojej drodze, a czego ogrom był przerażający. I owszem, mogłam przygotować kilka ujęć jak z folderów biur turystycznych tylko, że nie oddałyby one w żaden sposób zastanej tam rzeczywistości. 

Plaża

Zacznę może od tych piękniejszych zdjęć. 

Plaża nie zachwyca. Jest ona wąska i częściowo betonowa, przyprószona jedynie cienką warstwą piasku pełną ostrych kamieni i fragmentów muszli. O chodzeniu na boso na dłuższą metę, choć robię to na co dzień nawet w sąsiadującym z zamieszkiwaną przez nas wioską, lesie, nie było mowy. Generalnie żadna to przyjemność ze spacerowania wśród śmieci i smrodu.

Tak na prawdę chyba najpiękniej prezentowała się nocą, gdy odpady ludzkiej działalności przestawały się tak bardzo rzucać w oczy, a gorące promienie słoneczne nie wzmacniały ich odoru.

Centrum

Właściwie całe centrum jest zabetonowane i ciężko tam o zieleń. Uliczki pełne są sklepów i knajp. Większość z nich przygotowana specjalnie pod turystów, ale udało nam się też znaleźć kilka miejsc obleganych przez mieszkańców wyspy, o których czasami ciężko powiedzieć, że są miejscowi bo spora część z tych, których poznałam pochodziła z różnych zakątków świata, jak Bangladesz, Liban czy Nigeria.

Wzdłuż głównej drogi za miasto

Przejazd lub wędrówka główną drogą do luksusowego hotelu do przyjemnych raczej nie należy, gdy towarzyszą mu takie widoki i smród z zalegającej brudnej i śmierdzącej morskiej wody.

Miejsce, w którym żyją miejscowi

Miejsce, w którym żyją miejscowi wygląda jak wysypisko śmieci, ale nie jest to właściwie ich wina, a ułomnego systemu, który chyba tylko poza dwoma czy trzema dużymi miastami – Belmopan, Belize City i chyba Punta Gorda (przynajmniej tyle mi wiadomo z rozmów z Belizeńczykami), choć i tam widziałam sterty śmieci, które były palone, a czasami po prostu zalegały – nie przewiduje żadnego systemu zarządzania odpadami. W większości miejsc w kraju, ludzie palą śmieci na swoich podwórkach, tu natomiast utrudnia to stojąca wszędzie woda, głównie ta morska bo miejsce to jest położone zaledwie dwa metry nad poziomem morza. Swoją drogą zastanawiające jest dla mnie jak to będzie wyglądało w przyszłości, skoro związku z globalnym ociepleniem poziom oceanów stale się podnosi.

Wśród tych śmieci i zalegającej wody, żyją luzie, którzy prowadzą tu codzienne życie. Dzieci bawią na na skrawkach wolnej ziemi, ale też w stojącej wszędzie wodzie, jak chłopcy ze zdjęcia. Grają w piłkę, bawią się w wojnę, rzucają kamienie do wody, skaczą i uśmiechają się od ucha do ucha, na widok dwóch uśmiechniętych dziewczyn. Cieszą się swoim dzieciństwem i nawet wśród tej sterty klamotów potrafią wynaleźć coś, co dzięki ich kreatywności może posłużyć za element zabawy. Mieszkańcy, mimo że byłyśmy przed nimi ostrzegane, i generalnie przed zapuszczaniem się w to miejsce na wyspie, byli życzliwi i uśmiechnięci, pozdrawiali nas i chętnie zagadywali. My nie widziałyśmy tam tylko syfu i zagrożenia, ale przede wszystkim ułomność systemu.

Nie byłabym sobą gdybym oparła się pokusie zjedzenia czegoś z ulicznych straganów wystawionych przed domami. I jak to zazwyczaj bywa, okazało się, że to najprostsze jedzenie smakuje najlepiej. W tym przypadku były to tortilla chipsy z pastą z czarnej fasoli, cebulą lub białą kapustą, posypane białym serem.

Raj dla turystów

Wieczorem postanowiłyśmy odwiedzić jedną z przyplażowych knajp, zjeść coś i pobawić się przy gorących rytmach bachaty czy reggaetonu. Znalazłyśmy odpowiednie miejsce, w którym zaczęłyśmy od koktajlu. Koleżanka, jako że była głodna, zdążyła zamówić coś do jedzenia i w tym momencie zmieniła się muzyka pod amerykańskich turystów, którzy spędzali tam wieczór. Ja wyruszyłam na poszukiwanie bankomatu i przy okazji, jak to ja, musiałam zajrzeć w każde ciekawe miejsce. Okazało się, że ciągle jest otwartych kilka małych knajpek, w których będę mogła później zjeść pupusę – placek z masy kukurydzianej, jak na tortillę, z pastą z czarnej fasoli i serem w wersji wegetariańskiej i dodatkowo jakimś mięsem w wersji dla wszystkożerców, serwowany z białą kapustą i domowym sosem pomidorowym. Usłyszałam też muzykę idealną dla nas więc poszłam w stronę, z której dobiegały dźwięki muzyki i tak trafiłam na klub w małej ciemnej uliczce. Wróciłam więc po koleżankę. W czasie, w którym ona jadła, obserwowałam ludzi, których zachowanie z każdym kwadransem było coraz bardziej odrażające. Dobrze już pijani zaczęli odnosić się do przesympatycznych barmanów w niemiły sposób i aż niemiło było na to wszystko patrzeć.

Wyruszyłyśmy więc do wspomnianego przeze mnie wcześniej klubu. W drzwiach przywitała nas jedna z pracujących tam dziewczyn, które mają za zadanie zatrzymanie tam klientów jak najdłużej i namawianie ich na postawienie im drinka, co nie ominęło początkowo i nas, a czego stanowczo odmówiłyśmy.

Na środku niewielkiego ciemnego klubu znajdował się stół bilardowy, na którym młodzi mężczyźni rozgrywali iście profesjonalne mecze. Potańczyć było można wszędzie wokół należało jednak uważać na kije bilardowe. W jednym z rogów sali siedział DJ z dziewczyną, którzy bardzo dobrze się bawili, w kolejnym stała samotna rura, na której nie omieszkałam przypomnieć sobie kilku figur z zajęć pole dance, na które uczęszczałam jeszcze przed wyjazdem na Saint Vincent. I to był strzał w dziesiątkę! Otrzymałam brawa i zaskarbiłam sobie sympatię pracujących tam dziewczyn. Dzięki czemu mogłam trochę z nimi porozmawiać i dowiedzieć się czegoś więcej o ich pracy. Oprócz namawiania na kolejne drinki, proponują one na przykład bez prowizyjny kredyt na konsumpcję alkoholu osobom, które nie mają już pieniędzy. Nie udało mi się jednak dowiedzieć jak dokładnie to działa, wiem jedynie, że okres bez prowizyjny nie trwa w nieskończoność, a konsekwencje niespłacenia pożyczki mogą być nieprzyjemne. Dziewczyny oferują też swoje towarzystwo, ale o szczegółach nie chciały powiedzieć mi zbyt wiele skoro nie chciałam skorzystać z ich propozycji. Ta w czarnej sukience była szczególnie chętna.

Kilka praktycznych informacji

Na wyspę można dostać się łodzią z Belize City. Koszt to 56 BZD (dolarów belizeńskich) w obie strony bez konkretnej daty powrotu.

Jeden BZD to mniej więcej dwa PLN.

Po wyspie można się poruszać melexami albo rowerami. Ceny wypożyczenia melexa zaczynają się od 30 BZD za dzień. Co do rowerów to widziałyśmy je tylko przy hotelach.

Ceny jedzenia i alkoholu są różne, jak wszędzie, można zjeść coś w małej lokalnej knajpce za kilka BZD, jak na przykład pupusa, którą ja i moja koleżanka uwielbiamy i szczególnie polecamy – 2,50 BZD za sztukę.

Dobre śniadanie w małej knajpce można zjeść za kilkanaście BZD.

Za lunch czy kolację zapłacimy najczęściej +/- 20-30 BZD.

Piwo 0,3 l to koszt od 4 do 6 BZD.

Ceny koktajli to około kilkunastu do dwudziestu kilku BZD.

Napoje bezalkoholowe – soki, bezalkoholowe wersje popularnych drinków to kilka – kilkanaście BZD.

Co do noclegu to ceny są bardzo zróżnicowane. Na Airbnb zaczynają się mniej więcej od 120 zł za dwuosobowy pokój lub mały domek. W jednym z hoteli, zaproponowano nam nocleg w wyjątkowo promocyjnej cenie jedynych 126 USD. My jednak zdecydowałyśmy się na nocleg w chyba najtańszym hotelu, prowadzonym przez sympatycznych Banglijczyków, za który zapłaciłyśmy w sumie 60 BZD. Miałyśmy do dyspozycji pokój z dwoma łózkami i toaletą. Z prysznica mogłyśmy skorzystać piętro niżej we wspólnej łazience. Ja spędziłam też kilka nocnych godzin na tarasie z widokiem na morze rozmawiając z mieszkającym tam i pracującym w San Pedro Nigeryjczykiem, który jest już lekko znudzony tym miejscem i planuje wybrać się w niedalekiej przyszłości do Anglii.

Generalnie to planowałyśmy przekimać się gdzieś na plaży, ale jako, że akurat mamy tu sezon deszczowy i zanosiło się na deszczową noc, zdecydowałyśmy się na hotel, co akurat było dobrym wyborem bo lało jak z cebra przez pół nocy.

Jest to wspaniałe miejsce do nurkowania, ale ja jednak postanowiłam, że spróbuję tego w innym miejscu, choć jeszcze nie wiem czy będzie to Belize czy może jedna z karaibskich wysp.

Na pytanie co ciekawego można tu zobaczyć, miejscowi odpowiadają nic. To co w takim razie można tu robić? – imprezować. Dlatego właśnie spędziłyśmy na wyspie tylko jedną noc. Obie w podróżowaniu szukamy jednak czegoś innego. Tu poznałyśmy ciekawych ludzi, zobaczyłyśmy niesamowite kontrasty i po raz kolejny przekonałyśmy się, że tak zwane raje na ziemi nie istnieją.