W miniony wtorek zakończył się dwutygodniowy Summer Program, w czasie którego wraz z trzema wolontariuszkami z wioski, przygotowywałyśmy dzieci do pójścia do przedszkola.
Jest to coroczny program, organizowany przez organizację Humana People to People Belize, dla której pracuję jako wolontariuszka we wsi Santa Rosa. Celem programu jest przygotowanie dzieci w wieku 3-4 lat do nowego dla nich etapu, jakim jest rozpoczęcie nauki. W czasie programu oprócz nauki podstawowych informacji, takich jak między innymi: alfabet, liczby, kształty, kolory, dni tygodnia, miesiące, pory roku, części ciała, zmysły, uczyłyśmy również dzieci podstawowych zasad higieny – mycie rąk, mycie zębów, to, że ważne jest czesanie włosów, codzienne mycie się i zmienianie ubrań na czyste. Jest to również przygotowanie dzieci na zderzenie z nową rzeczywistością, w której zamiast biegania po podwórku pojawia się siedzenie w ławce, słuchanie kogoś obcego, wykonywanie czyichś poleceń, konieczność wystąpienia przed publicznością, podporządkowanie się jakimś regułom, a przede wszystkim rozstanie na kilka godzin w ciągu dnia z rodzicami. 

Rodzice

Rozłąka okazuje się nie być taką łatwą sprawą i to przede wszystkim dla rodziców. Miałyśmy dwie – cztery mamy, które każdego dnia siedziały na krzesłach na progu budynku, w którym odbywały się zajęcia. Co najlepsze, mamy te były bardzo zdziwione, że ich dzieci tak często płaczą, podczas, gdy inne uspokajały się po kilku – kilkunastu minutach i przestawały całkowicie płakać po jednym do trzech dni. No, ale jak tu nie płakać, gdy co odwrócisz głowę to mama siedzi za twoimi plecami, zawsze możesz do niej podejść, czasami sama woła Cię do siebie, wydaje Ci polecenia, krzyczy na Ciebie, a nawet zachęca do nauki za pomocą cienkiej gałązki smagającej twoje małe ciało, tylko dlatego, że nie chcesz usiąść sama w ławce podczas gdy twoja mama siedzi tuż za tobą. Czasami mamy te chciały być bardzo pomocne i podczas zajęć odpowiadały za dzieci, podpowiadały odpowiedzi, próbowały wyręczać dzieci w rysowaniu, wyrywając im z rąk kredki albo prowadząc ich ręce. Nie obyło się przy tym bez podnoszenia głosów, że krzywo, że poza linią, że nie ten kolor. No bo przecież mamy wiedzą najlepiej, w końcu są dorosłe i już dawno zapomniały jak to jest być małym człowiekiem, który dopiero poznaje świat i uczy się go każdego dnia, jak to jest mieć nieograniczoną wyobraźnię, która pozwala na rysowanie poza ramami i widzenie świata w innych barwach, które pozwalają na przykład na pokolorowanie zająca, ptaka czy innego obrazka, w kolorach tęczy albo na niebiesko. Najsmutniejsze jest to, że to właśnie te dzieci zrobiły najmniejszy postęp w czasie zajęć, były najmniej aktywne i rozmowne, nie nawiązały relacji z innymi dziećmi czy nauczycielkami. 

Mamy były wielokrotnie proszone, zarówno przeze mnie jak i przez miejscowe wolontariuszki, które znają na co dzień, o pójście do domu albo na spacer i powrót po dzieci po zakończeniu zajęć, ale to w żaden sposób nie działało. Argumenty i przykłady innych dzieci na to, że po kilku – kilkunastu minutach bez mamy dziecko przestaje płakać, a zainteresowane czymś innym i bawiące się z rówieśnikami często zapomina o mamie, nijak nie działały. 

Starsze siostry

Kolejnym wyzwaniem były starsze siostry, odprowadzające młodsze rodzeństwo na zajęcia. Biegały one wokół budynku, zaglądały przez okna, wchodziły do klasy, nawoływały dzieci, czym rozpraszały ich uwagę i często sprawiały, że dzieci, nawet jeśli były zainteresowane jakimś tematem, zaczynały na przykład płakać. Na te dziewczynki żadne prośby nie działały więc znalazłam na nie inny sposób – zapoznanie się z nimi, zaangażowanie w zajęcia, przygotowanie zadań. Zaczęłam od tych matematycznych o różnym stopniu trudności, jak się okazało większość z nich nie potrafi wykonać w pamięci najprostszych zadań matematycznych, wszystko liczą na palcach albo kreskach narysowanych na kartce, a i to z licznymi błędami. Zapraszałam je również na środek sali, aby zaśpiewały dla dzieci ABC czy inną piosenkę, zadawałam te same pytania, co młodszym dzieciom, rozdawałam obrazki i kredki do rysowania. Od tego momentu, na zajęciach panował względny spokój. Pozwoliło mi to również na zbadanie ich wiedzy i potrzeb. Dzięki temu wiem, że w czasie roku szkolnego warto będzie przygotować dla nich zajęcia pozalekcyjne, na których wraz z wolontariuszami, (których mam nadzieję znaleźć wśród miejscowej ludności i którzy po moim wyjeździe będą mogli kontynuować prowadzenie tych zajęć), będziemy mogli pomagać dzieciom w nauce.

Miejscowe wolontariuszki

Ciekawostką były też dla mnie zachowania dwóch z trzech wolontariuszek, z którymi współpracowałam w ramach tego programu, takie jak wyciąganie dzieci na siłę do odpowiedzi, szarpanie ich za ręce i ramiona, podnoszenie głosu, wydawanie poleceń tonem nieznoszącym sprzeciwu. Ukróciłam to na szczęście już po pierwszych zajęciach, kiedy to podeszłam do każdej z nich i tak jak one robiły to z dziećmi, z zaskoczenia złapałam za ramię i pytałam jak im się to podoba. Następnie było kilka słów o Konwencji Praw Dziecka i prawach człowieka, bo przecież każdy z tych małych ludków jest człowiekiem, o czym niektórzy czasami zapominają. 

Trzeciej wolontariuszce, Maricelli, jestem natomiast bardzo wdzięczna za pomoc i niesamowite zaangażowanie. To ona przygotowała zdecydowaną większość pomocy naukowych, rysunków i plakatów. I jako jedyna była w stanie poprowadzić samodzielnie zajęcia. 

Dla mnie natomiast uczestnictwo w tym programie i możliwość koordynowania całego przedsięwzięcia była wspaniałym doświadczeniem. Radość sprawiało już samo otwieranie drzwi i okien domu kultury, w którym odbywały się zajęcia, wpuszczanie do środka światła i świeżego powietrza, widok uśmiechniętych dzieci, początkowe przerażenie niektórych z nich moim wyglądem (tatuaże, tunele w uszach i liczne kolczyki na twarzy), które z czasem ustąpiło miejsca sympatii, gdy okazało się, że nie jestem taka groźna, jak wyglądam. 

Czego jeszcze się nauczyliśmy?

Program dobiegł końca, a we mnie wciąż jest wiele pozytywnych emocji na samo wspomnienie tych małych uśmiechniętych ludków. Cóż to była za przyjemność widzieć nie tylko jak uczą się tematów zawartych w programie, ale także jak zaczynają ze sobą współpracować, pomagać innym, ośmielić się i mówić coś na głos przy wszystkich bądź wyjść na środek sali. 

W czasie tych dwóch tygodni zawiązały się też całkiem zgrane grupy. Najbardziej rozbrajająca była dla mnie grupa trzech dziewczynek, Avery, Evline i Kymaya, które pod koniec programu zawsze siedziały razem i nieustannie rozmawiały i śmiały się w najlepsze, nie zawracając sobie specjalnie głowy tym, co działo się w czasie zajęć. 

Dla dzieci niesamowite było to, gdy pracowałam z nimi używając aktywizujących i angażujących ich technik i metod nauczania. Największą frajdę sprawiła im możliwość uczenia mnie, gdy to jednego dnia, kiedy ich aktywność znacznie spadła, a do końca zajęć pozostawało sporo czasu, wkroczyłam do akcji, stanęłam na środku sali, zastępując wolontariuszki i zapytałam które z nich chciałoby mnie czegoś nauczyć. I nagle pojawił się las rąk, a dzieci ustawiały się w kolejce, aby pokazać mi na tablicy, gdzie jest wspomniana przeze mnie litera bądź liczba. Często, gdy ich zainteresowanie lekcją osłabło, siadałam między nimi w ławce i rozmawiałam jak równy z równym. Na koniec zajęć podbiegały, przybijały piątkę, podawały rękę, przytulały się. I to właśnie te ponadprogramowe akcenty dawały najwięcej frajdy. 

Zakończenie programu

Na zakończenie programu zorganizowałyśmy mały pokaz dla rodziców, w czasie którego, wystrojone dzieci prezentowały zdobytą wiedzę i otrzymywały dyplomy oraz nagrody. Jak się okazało – dla wszystkich, nie tylko dla mnie, uczestnictwo w tym programie było niesamowitą przygodą.