Myślę, że najwyższa pora napisać coś o tym, jak wygląda moja praca dla organizacji Humana People to People Belize, choć mój program nie dobiegł jeszcze końca i codziennie dzieje się coś nowego, o czym na pewno będzie warto jeszcze napisać.

Gdzie i z kim pracuję?

Może na początek kilka słów o wiosce i ludziach, którzy w niej mieszkają, a właściwie w dwóch sąsiadujących ze sobą wioskach – Santa Rosa, w której mieszkamy wraz z dwiema koleżankami wolontariuszkami i w której pracuję ja oraz San Roman, w której pracują dziewczyny. 

Są to dwie niewielkie wioski pośrodku niczego, znajdujące się w dystrykcie Stan Creek. W każdej z nich znajduje się niewiele ponad sto domów, zamieszkiwanych, w przypadku Santa Rosa, głównie przez ludność z plemienia Mopan Maya oraz w przypadku San Roman – Kechi Maya. Społeczności te posługują się na co dzień odmiennymi językami oraz angielskim, który jest językiem urzędowym Belize. Pozostali mieszkańcy to w większości imigranci z Gwatemali bądź ich potomkowie, posługujący się zazwyczaj językiem Kechi Maya, hiszpańskim i angielskim.

Projekty

W ramach naszego programu wolontaryjnego realizujemy zadania obejmujące dwa projekty: Australian Aid i Child Aid. Oba one są zbliżone do siebie, przenikają i uzupełniają się. Oba mają na celu aktywowanie, edukowanie i rozwój lokalnej społeczności. Różnica dotyczy grupy adresatów, do której skierowane są powyższe projekty. W ramach Australian Aid pracujemy ze zorganizowanymi grupami kobiet i dziewcząt, natomiast Child Aid skierowany jest do wszystkich mieszkańców wioski.

Współpracujemy głównie z kobietami. Wynika to przede wszystkim z tego, że mężczyźni mają zazwyczaj jakąś pracę, głównie na plantacjach bananów, cytrusów czy kokosów albo w  różnego rodzaju ośrodkach turystycznych lub spędzają większość dnia na własnych farmach. Ale nie będę też ukrywała, że panowie nie są specjalnie zainteresowani współpracą z młodymi kobietami, no bo po drugie, co one mogą wiedzieć w tak młodym wieku (moje koleżanki mają po 22 lata, ja dobijam właśnie do 35), co akurat dla mnie bywa komplementem, gdyż często jesteśmy w podobnym wieku, a nawet zdarza się, że jestem od nich sporo starsza, a po pierwsze są kobietami. 

Australian Aid

W mojej wiosce jest jedna grupa kobiet i jeden klub dziewcząt. Spotykam się z nimi raz w tygodniu. Z kobietami w poniedziałki o dziewiątej rano na tarasie jednego z licznych tu kościołów, z dziewczętami w środy o wpół do piątej w centrum kultury, gdy po szkole zmienią już swoje mundurki na zwykłe ubrania i spowrotem są kolorowe i bardziej zwariowane. Teoretycznie spotkania takie trwają zazwyczaj około godziny, ale zdarza się nam spędzić ze sobą i trzy godziny przy wspólnych rozmowach, gotowaniu czy zabawach. 

Dla każdej z grup przygotowany jest osobny podręcznik, podzielony na dziesięć rozdziałów odpowiadających dziesięciu miesiącom, na jakie teoretycznie przewidziany jest program. Każdy z rozdziałów składa się z czterech tematów odpowiadających kolejnym tygodniom miesiąca. W praktyce praca z podręcznikiem trwa dłużej bo zdarza się, że spotkanie wypada w jakiś wolny dzień, kobiety mają inne obowiązki, potrzebują pojechać do lekarza, załatwić coś w mieście, przygotować jedzenie na rodzinną imprezę czy pogrzeb, dziewczęta mają pilne zadanie domowe, a i mi czasami wypadnie jakieś spotkanie czy wizyta w stolicy, w którymś z ministerstw czy urzędzie imigracyjnym, w którym muszę stawiać się co miesiąc po przedłużenie wizy. Bywa też, że jakiś temat wymaga szerszego omówienia i wtedy potrzebuję przygotować więcej informacji, jakieś materiały czy zorganizować spotkanie z ekspertem czy specjalistą od danego tematu. W programie pojawiają się też różnego rodzaju akcje, jak na przykład pokaz gotowania, budowa zagrody dla świń, kuchni opalanej drewnem, na które czasami potrzebujemy trochę więcej czasu.

Child Aid

Program Child Aid skierowany jest do wszystkich mieszkańców wioski i to tylko od nich zależy czy i w jakim stopniu chcą w nim uczestniczyć. 

Na początku swojej pracy odwiedziłam wszystkie domy i z każdym zamieniłam kilka słów, starając się dowiedzieć czegoś na temat ich sytuacji życiowej oraz potrzeb. Część z mieszkańców wioski jest zainteresowana współpracą z organizacją i mówią oni o swoich potrzebach i oczekiwaniach, część natomiast pomocy takowej nie potrzebuje bądź woli radzić sobie sama i to też musimy uszanować, gdyż nie da się komuś pomóc na siłę.

Program obejmuje wiele różnego rodzaju aktywności, skierowanych do różnych grup odbiorców jak na przykład dzieci w wieku przedszkolnym czy szkolnym, młodzież, kobiety, mężczyźni, pracujący na własnych farmach, a także do każdego z nich indywidualnie. Czasami organizujemy różnego rodzaju spotkania, szkolenia, pokazy czy treningi, również z udziałem specjalistów, które cieszą się mniejszym bądź większym zainteresowaniem i to pokazuje nam, w którym kierunku najlepiej podążać. 

Program składa się z dziesięciu linii tematycznych, w ramach których mamy mniej bądź więcej zadań do zrealizowania. Nie wszystkie z nich realizujemy w naszych wioskach bo nie wszystkie są do nich skierowane bądź nie ma na nie zapotrzebowania. To przede wszystkim od mieszkańców i ich zainteresowania danym tematem zależy, czy i w jakim stopniu bądź na jaką skalę je realizujemy.

Poza programem

Wolontariat to nie zwykła praca. Nie mam wyznaczonych godzin pracy. Nie mam wynagrodzenia. Organizacja zapewnia dom, rower, narzędzia pracy i pieniądze na podstawowe potrzeby, jak wyżywienie, artykuły higieniczne czy transport.

Nic nie muszę, choć mam wyznaczone jakieś zadania do zrealizowania w ramach programu, ważne jest natomiast to, co mogę. To, co mogę i chcę dać od siebie. Moje zaangażowanie i odpowiadanie na potrzeby innych. 

I tak na przykład, gdy nagle wieczorem albo z samego rana, któreś z dzieci przypomni sobie o zadaniu domowym, przy którym potrzebuje pomocy, albo po prostu użyć kleju, markera, taśmy klejącej czy zszywacza, zagląda do naszego domu albo zagaduje na ulicy. Gdy spóźniona na lekcje, córka naszych gospodarzy, czy inny uczeń, wpada nagle do naszego domu i prosi o podwiezienie do szkoły, wsiadam na rower i jadę. Gdy pijany mąż po raz kolejny awanturuje się w środku nocy, chwytam za telefon i dzwonię na policję, a dzieci zapraszam do naszego domu. Gdy któraś z kobiet chce porozmawiać o tym, co ją trapi – siadam i słucham. A gdy jest to ciężarna kobieta, proszę, żeby przy okazji podała mi swoje stopy do masażu.

Jest to właściwie praca 24/7. Choć pracą bym jej nie nazwała. To po prostu życie. Moje życie. Mieszkam i żyję w tej wiosce, jestem jej częścią. Drzwi naszego domu zazwyczaj są szeroko otwarte od samego rana do późnych godzin wieczornych. Każdy wie, gdzie mnie znaleźć, każdy może odwiedzić mnie w dowolnej chwili. Spotkana na ulicy, nie powiem, że nie jestem teraz w pracy i mam czas wolny, bo nie po to tam jestem. Jeśli ktoś potrzebuje jakiejkolwiek pomocy, czy chociażby porozmawiać, robię co mogę.